wtorek, 4 grudnia 2018

Poród

Dzielę się z Wami jednym z najbardziej intymnych przeżyć w moim życiu. 
Nie jest to łatwe...Bardzo mało jest matek, które o porodach chcą szczegółowo opowiadać. 
Będąc w ciąży, szukałam informacji na ten temat po forach, bo rzadko która kobieta, chciała wdawać się w szczegóły. A ja tak bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko wygląda. 
Co robić, jak się przygotować, cokolwiek... Dlatego postanowiłam opisać moje doświadczenia. Może któraś z Was, tak jak ja, chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej.

          Zaczynam trochę od tyłu... Zasadniczo wszystko miało wyglądać inaczej — miałam stworzyć dwa wpisy — jeden o przygotowaniach do ciąży i o jej przebiegu, drugi o tym, jak przeżyłam swój poród, o tym jak się do niego przygotowywałam oraz o ankietach, w których pytałam inne kobiety jak szykują się do rozwiązania.
Okazało się, że sam opis tego co przeżyłam w szpitalu to niezła lektura, w związku z czym uznałam, że streszczę go osobno.
Zaplanowane dwa wpisy wrzucę w następnej kolejności ponieważ bobas zabiera mi bardzo dużo czasu i nie mam kiedy zająć się dokładną analizą ankiet, a o samej ciąży nagrywałam już live na moim facebook`owym profilu, który możecie zobaczyć tutaj
à Facebook
Z porodem mam trochę łatwiej, bo opisałam go już dla siebie i tylko go trochę dla Was wyedytowałam.

           Wiele razy słyszałam, że kobiety, które urodziły przez cesarskie cięcie, nie są prawdziwymi matkami. Nie wiem, jak można mówić komukolwiek takie przykre słowa, no ale cóż, nikt nie ma wpływu na to, co mówią inni. Co gorsza - najczęściej są to słowa innych kobiet, które posiadają dzieci.. To czy rodzimy naturalnie, czy przez cesarskie cięcie, nie ma żadnego wpływu na to, jaką później jesteśmy matką i trzeba wyraźnie to zaznaczyć. Na szczęście nie uważam, żebym była gorsza, ponieważ nie udało mi się urodzić naturalnie. Mój poród nie należał do łatwych, ale mimo wszystko cieszę się, że był taki jaki był.

           Opisuję wszystko bez cenzury, także wrażliwi mogą sobie odpuścić ;) Opis porodu to raczej coś, co powinny czytać tylko osoby zainteresowane tematem ;) 
Próbowałam wyrazić moje emocje, ból i to co czułam w trakcie całej akcji, ale tego po prostu nie da się opisać. Myślę, że każda kobieta powie to samo ;) 

A więc...

          We wtorek w nocy z 25 na 26.09.2018 r. obudziłam się i poczułam, jak lekko odpłynęły mi wody. Była to jednak niewielka ilość i uznałam, że raczej nie jest to początek porodu, wróciłam więc spać. Rano stwierdziłam, że zadzwonię do mojego ginekologa. Odebrała położna i kazała przyjechać, żeby upewnić się, czy wszystko jest w porządku. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą torbę, którą już od dawna miałam naszykowaną do szpitala. Razem z Krzysiem pojechaliśmy do Kluczborka. Na badaniu dr M. uznała, że może to być sączenie boczne, a szyjka była rozwarta na 1 cm. Powiedziała, że nie ma co czekać i powinniśmy jechać do Opola (tam planowałam rodzić). 
         Dwie godziny później byliśmy już w Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii. Na izbie przyjęć zostałam zbadana, ale pani doktor stwierdziła, że nie widzi żadnego sączenia. W związku z tym, że byłam dwa dni po terminie, zdecydowali, że jednak mnie zostawią na obserwacji. Wylądowałam na patologii ciąży, gdzie przeleżałam do czwartku. W nocy przed snem około 23 jeszcze bez żadnych objawów stwierdziłam, że warto zrobić trening z balonikiem, wypić herbatę z liści malin, łyknąć olej z wiesiołka (o tym będę dokładnie pisała w kolejnych postach) i może trochę poczytać.
Po wszystkich zabiegach poszłam do łóżka, zadzwoniłam do Krzysia, bo niestety nie mógł być ze mną cały czas i spał u znajomych w Opolu. Posmarowałam brzuch kremem na rozstępy (nie brałam oleju kokosowego do szpitala) i usiadłam na łóżku. 
Wstałam na chwilę, żeby ściągnąć szlafrok i wtedy poczułam, że odeszły mi wody. Była 23:30. Pobiegłam do łazienki (w naszej sali), wyczyściłam podłogę i poszłam do położnej, która podpięła mnie pod KTG. 

KTG

          Zadzwoniłam po Krzysia – przyjechał od razu. Oboje byliśmy bardzo podekscytowani. Śmialiśmy się i z radością czekaliśmy na dalszy przebieg akcji.

         Około 00:20 byłam już na porodówce. Leżałam na dwuosobowej sali, gdzie na początku Krzysia nie chcieli wpuścić. Po półtorej godziny udało się i wszedł na jakąś godzinę. Niestety po tym czasie musiał znowu wyjść, bo przywieźli kolejną rodzącą, którą położyli razem ze mną. Poszedł spać do samochodu, a ja leżałam z bólami.
         Pierwszy poczułam dokładnie o 00:25, drugi i trzeci po 10 minutach, kolejne zaczęły pojawiać się już średnio, co 5 minut. Na początku nie były takie straszne, udawało mi się spać pomiędzy nimi a czasem nawet w trakcie. 
Moja rada - jeśli leżycie i czekacie aż akcja się rozwinie, odpoczywajcie i starajcie się jak najwięcej spać. Nie grajcie na komórce w sudoku ;)

Leżenie, patrzenie na zegarek i odliczanie.

         Krzysiu wrócił do mnie około 9-10 rano. Niestety pomimo regularnych i już dosyć intensywnych skurczy, do godziny 11 rozwarcie doszło tylko do 2 cm. Najgorsze było to, że przez całą noc nie mogłam w ogóle wstawać. Główka nie wpasowała się w kanał rodny i gdybym wstawała, pojawiało się ryzyko, że np. mogłaby wypaść mi pępowina. Leżenie przez kilkanaście godzin nie jest niczym przyjemnym, ale raczej pominę szczegóły — mogę napisać tylko, że jakakolwiek intymność w takich momentach zupełnie przestaje istnieć ;) 

         Zaznaczę, że bóle porodowe mogą zrozumieć tylko rodzące kobiety. Jest to ból, którego właściwie nie da się opisać. Każda odczuwa je inaczej — są mamy, dla których to nic strasznego i są też takie, które czują jakby je rozrywało od środka — ja niestety zaliczam się do tych drugich. Jeśli jednak miałabym spróbować określić w jakikolwiek sposób jakie to uczucie, to mogłabym porównać go do bólu okresowego, ale milion razy silniejszego ;)

         O 11:30 położna uznała, że już najwyższy czas, żeby podać mi oksytocynę. Jest to hormon, który podaje się, aby przyspieszyć akcję porodową.

Powoli mogłam wstać z łóżka i w końcu dostałam zbawienną piłkę ;) 


Ten wzrok mówi jedno - o nie idzie kolejny skurcz ;)

         Do godziny 14:30 rozwarcie doszło do 3-4cm i przenieśli nas na pojedynczą salę porodową. Do godziny 19 rozwarcie powiększyło się tylko o 1cm. Skurcze były już tak intensywne i częste, że naprawdę ledwo dawałam radę.

         Był to czas, w którym przeżyłam pierwszy kryzys – w okolicach godziny 17-18 usłyszałam straszny krzyk z sali obok i naprawdę się wystraszyłam. Zaczęłam płakać, stresować się, emocje wzięły górę. Na szczęście Krzysiu cały czas był ze mną. Bardzo mnie wspierał, trzymał za rękę, odliczał czas między skurczami, liczył też, jak długo trwają, przygotowywał mnie na ból. Pilnował, żebym piła wodę, karmił mnie, mimo że średnio miałam ochotę na jedzenie. Gdyby nie On nie wiem, jakbym to wszystko zniosła. 
         Najtrudniejszą dla mnie chwilą był moment, w którym zobaczyłam, że ma łzy w oczach. Z jednej strony coś pięknego, że przeżywa razem ze mną to tak bardzo emocjonalnie, z drugiej strony straszny smutek...

         W każdym razie około 19 uznaliśmy, że zdecydujemy się na znieczulenie zewnątrzoponowe. Cały pierwszy etap szedł tak powoli, że naprawdę bałam się, że nie dam rady dotrwać do końca. Mimo że bardzo chciałam rodzić bez znieczulenia, uznałam, że po prostu nie wytrzymam. Dochodziło do tego, że pomiędzy skurczami omdlewałam i zasypiałam z wycieńczenia

        Przyszedł anestezjolog – cudowny człowiek, takich lekarzy powinno być zdecydowanie więcej! Podał mi znieczulenie i nagle odżyłam. Wziął Krzysia za rękę, podeszli do mnie od innej strony i położył ją na mojej dłoni. Powiedział "a teraz trzymaj". Bardzo wzruszający moment ;)
Po zastrzyku zaczęłam w miarę normalnie funkcjonować, przespałam się i w końcu poczułam, że dam radę. Medal dla człowieka, który je wymyślił!

Spanie po podaniu znieczulenia to moment, w którym można odzyskać trochę sił.

         Znieczulenie to coś niesamowitego, zamieniło ostry ból na takie delikatne ściskanie w brzuchu. Jedną dawkę podaje się co 2h, maksymalnie można wziąć trzy.

Nie wyobrażałam sobie, że tak silne bóle da się w taki sposób załagodzić.
Niestety znieczulenie ma kilka minusów, w tym spowolnienie akcji porodowej. Mimo wszystko do 21:15 rozwarcie osiągnęło 6 cm, czyli jednak szło do przodu.
        Zdecydowaliśmy się na druga dawkę i tak do 23:40 pojawiło się 8 cm. Wtedy lekarze musieli zdecydować, czy mogę wziąć ostatnią trzecią dawkę. Na samą myśl, że kilka kolejnych godzin będę musiała znowu przeżyć bez znieczulenia, robiło mi się niedobrze. 
       Trzęsąc się ze strachu, w duchu błagałam, żeby jednak się zgodzili. Kiedy przyszła położna z informacją, że dostanę ostatni zastrzyk, odetchnęłam z ulgą. Dostałam też kolejną kroplówkę z oksytocyną, tym razem mocniej podkręconą. Tak minęły ponad 24h
        Niestety do godziny 2:40 rozwarcie zwiększyło się tylko o 1 cm. Przyszedł czas, w którym wiedziałam, że kolejną godzinę, może dwie, będę musiała wytrzymać już bez znieczulenia i dotrwać do momentu, kiedy pojawi się w końcu 10 cm. 
       O 2:45 ponownie poczułam straszliwy skurcz. Po znieczuleniu, które przestało działać, miałam wrażenie, że bóle są jeszcze gorsze niż wcześniej. Coś strasznego! Wiedziałam jednak, że muszę dać radę. Bardzo pomogła mi praca oddechem, której uczyłam się jeszcze przed porodem.
Po niecałej godzinie położna oznajmiła, że jest 10 cm. Byłam przeszczęśliwa! Pomyślałam - „jest! Pół godziny i będzie po wszystkim!”.

        No cóż…bóle parte trwały ponad godzinę. Nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy przeżyłam. Ten ból…

        Po prawie 28h ciągłych skurczy, byłam już naprawdę ledwo żywa. Właściwie momentami nie do końca wiedziałam, co się ze mną dzieje.
        Druga faza porodu był to dla mnie zdecydowanie największy koszmar. Rozrywający ból, krzyk i płacz. Położne, które próbowały zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby maluch wyszedł. Próbowałyśmy wszystkich możliwych pozycji – na stojąco, klęcząc, w przysiadzie, na pieska, na boku, na leżąco, ale niestety maluch ciągle nie chciał wyjść. Był dosłownie kilka cm od wyjścia i w momencie, gdy parłam, główka obniżała się na dół, ale jak tylko przestawałam, zaczynała się cofać. Potworne uczucie, niewiarygodny ból, którego nie jestem w stanie opisać. Dużo kobiet twierdzi, że bóle w drugiej fazie są mniej bolesne niż w pierwszej. No cóż, u mnie było zupełnie odwrotnie.

       Najbardziej nieprzyjemne były badania szyjki, jak położna sprawdzała, co tam w środku się dzieje, dosłownie ryczałam z bólu. Jak próbowała ruszyć główką, jak naciskały mi na brzuch, jak kazały przeć, kiedy leżałam na boku, albo w pozycji na pieska (ta była najgorsza), w życiu tak nie krzyczałam...
 Jak sobie przypominam dźwięki, które z siebie wydawałam, to mam ciarki na plecach. To był najgorszy krzyk, jaki można sobie wyobrazić. Niestety nie panowałam nad nim zupełnie. Po prostu przeżywając tak okropny ból, nie da się kontrolować niektórych zachowań. W moim przypadku był to właśnie krzyk i płacz. Poza tym łzy same leciały mi z oczu. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedziałam już pod koniec prób urodzenia malucha. Byłam w amoku i nie wiedziałam do końca, co się ze mną dzieje. Klęcząc na łóżku, płacząc, błagałam, żeby mi pomogli i powiedziałam wtedy „wyciągnijcie go ze mnie”. Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, tego, że nazwałam moje dziecko tak bezosobowo. Z drugiej strony wiem, że kompletnie nad tym nie panowałam. Krzysiu, powiedział położnej, że jeśli mówię, że to koniec, to muszą coś zrobić, bo ja naprawdę już nie dam rady. Po chwili przyszedł lekarz i zdecydowali, że będzie cesarka. Niestety musieliśmy czekać 20 minut, bo jeśli podało się wcześniej znieczulenie, to musiało minąć 2h od momentu pełnego rozwarcia, żebym mogła dostać znieczulenie podpajęczynówkowe. Jak usłyszałam, że mam czekać kolejne 20 minut leżąc i do tego powstrzymując parcie, myślałam, że umrę.

         
W momencie, w którym pojawiają się bóle parte, ciało samo każe Ci przeć. To coś, czego nie da się powstrzymywać. Kiedy położne powiedziały, że mam robić wszystko, żeby nie przeć, byłam przerażona. Pracowałam oddechem i zaciskałam dosłownie całe ciało, próbując to jakoś powstrzymywać. Jeszcze gorszy ból niż w trackie parcia.


Pani Agnieszka i moment, w który przygotowywała mnie do operacji

         Na szczęście lekarz przyszedł już po 10 minutach. Zabrali mnie na salę operacyjną, na której przeżyłam ostatnią bardzo bolesną chwilę – podanie znieczulenia. Musiałam usiąść na prosto, z główką między nogami. Dosłownie miałam wrażenie, że ją zgniatam. Pielęgniarka, która przychodziła z anestezjologiem, ogromnie mi wtedy pomogła, chwytając mnie za głowę, i głaszcząc mnie po ramieniu.

         Dostałam zastrzyk, położyli mnie na stole i nagle ból zniknął całkowicie. Tak niewiarygodnej ulgi nie czułam nigdy w życiu. Leżałam i płakałam. Z jednej strony ze złości, że się nie udało, z żalu, że to wszystko musiałam przejść, z drugiej strony, że zaraz będzie po wszystkim, że nie czuję już bólu, że maluch w końcu będzie z nami.
          Kiedy już mnie nacięli, poczułam, jak wyszarpują dziecko z kanału rodnego. Dwa albo trzy, już nie pamiętam dobrze, mocne szarpnięcia – czułam to w całym ciele, bardzo nieprzyjemne, choć bezbolesne wspomnienie.
W amoku słyszałam tylko rozmowy nade mną, że nie wiedzą, dlaczego mały nie chciał zejść niżej, coś o pępowinie owiniętej wokół szyi. Wszystko jak za mgłą.
I nagle, ledwo przytomna, nareszcie usłyszałam najpiękniejszy dźwięk w moim życiu — płacz naszego synka.

Wszystko inne zniknęło, głosy tych wszystkich ludzi odeszły gdzieś daleko, a ja słyszałam tylko moje dziecko. Tak bardzo się wtedy popłakałam...tym razem już tylko ze szczęścia.


         Po chwili pielęgniarka podeszła do mnie z maluchem i zobaczyłam go po raz pierwszy. Przyłożyła mi go do policzka, a ja dalej płakałam i śmiałam się jednocześnie.
         Maluch obrócił główkę w moją stronę, ustkami złapał mnie za policzek i zaczął go ssać – niesamowicie wzruszający moment.

Zdjęcie zrobione przez pielęgniarkę (dziękuję!!)

         Emocje, jakie wtedy we mnie siedziały to coś, czego w żaden sposób nie da się opisać. Myślę, że może zrozumieć to tylko kobieta, która przeżyła coś podobnego. Nie wiem, co czują kobiety, które rodzą naturalnie, bez takiej traumy, lub kobiety, które rodzą przez umówione cesarskie cięcie. Nie mam pojęcia, może czują się podobnie. Wiem jednak, co ja czułam – żal, złość, przerażenie, szczęście, radość i ogromne wzruszenie – wszystko w jednym. Kosmos po prostu.

        Niestety po cesarskim cięciu  maluszki są zabierane od matek na kilkanaście godzin. Zresztą byłam tak zmęczona, że raczej nie byłabym w stanie zając się synkiem. Krzysiu, czekał na korytarzu przestraszony i zniecierpliwiony. Po operacji dzieciak trafił od razu w jego ręce i tatuś kangurował go przez kolejne półtorej godziny.
        Tymczasem ja leżałam na intensywnej terapii przez dwie godziny, a później przenieśli mnie na salę pooperacyjną. Około 17 byłam już na oddziale położniczym z naszym szkrabem i z Krzysiem. 

        Pomimo bólu, jaki przeżyłam, patrząc na Kubę, wiem, że przeszłabym to wszystko jeszcze raz, jeśli byłaby taka potrzeba.

       Personel w szpitalu spisał się na medal! Wszystkie położne, a przez cały ten czas sporo się ich pojawiało, były przekochane. Wspierały mnie niesamowicie, bardzo dbały o to, żebym czuła się dobrze, ciągle się uśmiechały pomimo zmęczenia.
Pierwszą fazę porodu przeżyłam z panią Helgą – anioł po prostu. Później zmieniła ją pani Agnieszka – fantastyczna kobieta, która robiła wszystko wg planu porodu, który ze sobą przywiozłam. Bardzo prosiłam o to, aby nie nacinały mi krocza.
        Już na początku zaznaczyły, że będą robiły wszystko, co się da, żeby moje krocze w żaden sposób nie ucierpiało. Do pani Agnieszki dołączyła druga położna pani Emilia, kolejna cudowna kobieta. Obie potwierdziły, że jestem świetnie przygotowana do porodu, że bardzo dobrze pracuję oddechem, bardzo dobrze prę i co najważniejsze, – że mam idealnie przygotowane krocze. Mówiły wyraźnie, że bez problemu urodziłabym dzieciaka bez nacinania, czy naderwania (co było dla mnie bardzo ważne).
Do tego pan anestezjolog z pielęgniarką panią Kasia – kolejne ciepłe i bardzo przyjazne osoby. Wystarczyło, że wchodzili na salę, a mi od razu poprawiał się humor. Wszystkim rodzącym życzę takiego personelu.
        Kiedy leżałam na intensywnej terapii, pani Kasia przyszła do mnie i powiedziała, że są pacjentki, do których się przywiązuje, i że ja jestem jedną z takich pacjentek. Była wściekła, że pomimo tego, że tak dobrze się przygotowałam do porodu siłami natury, bez jasnych przyczyn nie udało się urodzić. Zaznaczyła też, że coraz więcej porodów kończy się w ten sposób i bardzo ją to irytuje, że zdrowe, młode kobiety nie są w stanie urodzić dziecka naturalnie i niestety nikt nie ma na to wpływu. Na koniec dodała, że tak naprawdę przeszłam dwa porody – naturalny właściwie wszystkie fazy, poza samym wypchnięciem dzieciaczka i od razu drugi, czyli cesarka.

        Pomimo że nie wyszło tak, jak sobie całość wymarzyłam, jestem z siebie bardzo dumna. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby nasz maluch przyszedł na świat w naturalny sposób. Nie udało się, z jakiegoś nieznanego powodu. 
To nic, najważniejsze, że Kuba jest zdrowy i wszystko dobrze się skończyło.

       Wiem już, że kolejnego dzieciaczka będę musiała również urodzić przez cięcie cesarskie.
Moja ginekolog twierdzi, że mam za wąski kanał rodny, dlatego drugi poród mógłby skończyć się tak samo i nie ma sensu ryzykować.

       Na szkole rodzenia fizjoterapeutka powiedziała nam, że kobiety w dzisiejszych czasach coraz częściej mają taki problem, jak ja ponieważ cesarskie cięcia doprowadziły do przekazywania genu zbyt wąskiego kanału rodnego. Tutaj możecie poczytać więcej na ten temat - 
ciekawostka

Kto wie, może coś w tym jest. W Opolu aż 60% porodów kończy się cesarką...

       Na koniec, czyli taki deserek — kilka słów o moim kochanym mężu. Był ze mną przez cały czas. Od chwili kiedy pojechałam na wizytę do ginekologa, aż do momentu, w którym razem wyszliśmy ze szpitala. Nawet jeśli nie mógł być na sali, to cały czas był ze mną w kontakcie telefonicznym. Nigdy w życiu nie czułam takiego wsparcia. Nie wyobrażam sobie, jak to wszystko wyglądałoby bez niego. Przeżył cały poród ze mną, a ja dzięki temu czułam się naprawdę bezpiecznie – wiedziałam, że choćby nie wiadomo co się będzie działo, On będzie ze mną. Nawet, jeśli nie mógł mi pomóc, to wystarczyło, że stał obok i trzymał mnie za rękę. Uważam, że każdy mężczyzna powinien mocno wspierać swoją kobietę, w tym bardzo trudnym dla niej momencie.

Mam najwspanialszego męża na świecie. Dziękuję!


6 komentarzy:

  1. Czytam i wyje
    Naprawdę wiem o czym piszesz ��
    To samo przeszłam .
    Dziękuje Ci za ten wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Bardzo mi miło, że się wzruszyłaś. Był to bardzo ciężki, ale i wzruszający dla nas czas i właśnie to chciałam we wpisie przekazać.
      Przeszłaś to samo, więc rozumiesz mnie doskonale ;) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

      Usuń
  2. Kasia szok ale znam to z córka zapadlabym w śpiączkę gdyby nie szybka decyzja o CC a rodzilam ja bardzo długo wszystkie pozycje jakie były do zrobienia a z synem po CC dostalam takiego krwotoku ze ledwo co mnie odratowali ale przy synu niestety nie było innej opcji jak CC przez moja małopłytkowość gdybym rodziła naturalnie Jakuba to nie zatrzymali by krwawienia i musieli by wybierać ja albo dziecko oba porody niewesole obydwa pełne strachu ale jak patrzę teraz na moje dzieci to zapominam szybko jak krytycznie było

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masakra! Byłaś bardzo dzielna!! Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło! Gratulacje! Ściskam mocno :*

      Usuń
  3. Ja jeszcze nie urodziłam, ale pomału planujemy z mężem dziecko. Bardzo boją się porodu. Ja również płakałam jak czytałam ten wpis, ale chyba że strachu . Jak mąż załaduje o dziecku od razu myślę o tym strasznym momencie porodu :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to łatwy moment, ale zaufaj mi, że warto. Leżę właśnie przytulona do mojego maleństwa i jeśli musiałabym to przejść jeszcze raz, to dla niego zrobiłabym to bez wahania. Dasz radę! Kobiety to silne bestie. Trzymam za Ciebie kciuki ❤️

      Usuń