poniedziałek, 22 lutego 2016

Powoli, ale do przodu...

     Kolejny dzień za mną. Dziś z treningiem, który dał mi nieźle w kość, cała się trzęsę pisząc tego posta :)

Dla chętnych, osób trenujących polecam ten film - to tylko 20 minut, ale dostaniecie niezły wycisk :)
Pamiętajcie o rozgrzewce!!



Moja wielka prośba do Was jest taka, abyście chociaż 10 minut poświęcili później na rozciąganie ;)

Generalnie wszystko jest ok, świetnie się czuję, jem regularnie i staram się omijać te produkty, o których wspomniałam w poprzedni wpisie. Na razie brakuje mi pomysłów, szczególnie na obiady, ale powoli "uczę się" nowych produktów. W szafce pojawiło się kilka rzeczy, o których kiedyś nawet nie myślałam. Soczewica, kasza jaglana, świeży imbir, kasza jęczmienna czy płatki jaglane. Powoli, ale do celu ;)
Zaznaczam, że dieta, na której w tej chwili się opieram, jest głównie zmianą nawyków żywieniowych, na te bardziej "zdrowe". Moim głównym celem, nie jest odchudzanie, ale wiem, że zmiana odżywiania, na pewno spowoduje, że przy okazji, zrzucenie wagi będzie tym pozytywnym "skutkiem ubocznym" ;)
Najbardziej cieszę się z tego, że udaje mi się normalnie funkcjonować bez wielu produktów, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia.
Od października 2015 sama piekę chleb - nie pamiętam kiedy kupowałam jakiekolwiek pieczywo. Nie mam celiakii, więc uważam, że unikanie produktów zbożowych jest bezsensowne, bo jak już wiadomo od dłuższego czasu, gluten osobom nieuczulonym, nie szkodzi. Stosowanie diety bezglutenowej, tylko dlatego, że jest modna, to straszna głupota. Odrzucając produkty zbożowe tracimy masę cennych składników odżywczych, co nie jest wskazane ani przez dietetyków, ani przez lekarzy. Oczywiście najmniej polecam produkty pszeniczne, bo mają najmniej wartości odżywczych. Także zachęcam do próbowania pieczywa głównie ciemnego (tylko nie karmelizowanego, czyli barwionego białego). W kuchni możecie mąkę pszenną śmiało zastąpić innymi mąkami, jak gryczana, ryżowa, kokosowa, kukurydziana czy żytnia ;)

O glutenie słów kilka

Polecam jednak pieczenie chleba samemu. Jakiś czas temu, pewien fajny człowieczek (nie znam gościa ;) ) stworzył automat do pieczenia chleba, za co chwała mu, oj chwała! Dziś takie cudeńka, nie są już drogie i można dostać je nawet za 200 zł i są w miarę przyzwoite. A co najważniejsze - pozwalają upiec chleb osobom zabieganym, wiecznie nie mającym na nic czasu.
Można w nich wypiekać każdy rodzaj chleba - na zakwasie i drożdżach, jak kto woli. Z każdego rodzaju mąki i z każdym rodzajem ziaren. No cuda po prostu :)
Moim ulubionym jest chlebek żytnio-orkiszowy ze słonecznikiem i innymi ziarnami.

Po upieczeniu wygląda tak, a na samą myśl ślinka mi cieknie :)


Jeśli posiadacie maszynkę do chleba, to tak wygląda przepis:

Chleb żytnio - orkiszowy

320ml letniej wody 
1 łyżka oliwy
1,5 łyżeczki soli himalajskiej (dostępna na allegro w cenie około 5zł za 1 kg)
2 łyżeczki ksylitolu (polecam allegro, tam jest najtańszy, około 30zł za 1kg)
220g mąki orkiszowej
130g mąki pszennej graham typ 1850 lub pełnoziarnistej
200g mąki żytniej razowej
14g drożdży świeżych lub 1,4 łyżeczki drożdży suchych (wiadomo, że najlepszy byłby zakwas ;) )
garść słonecznika
garść siemienia lnianego
łyżka sezamu

Wszystko wrzucamy do formy - zaczynając od mokrych składników, kończąc na suchych. Ziarna dosypujemy w momencie, kiedy maszynka daje nam znak piknięciem ;) ale możemy wrzucić od razu. 

Piekę go na programie do chleba razowego ( u mnie - Zelmer BM1600 - nr 4, około 3h w sumie). 
Ważne - żeby nie została dziura po mieszadle, najlepiej jest je wyciągnąć zaraz po tym, jak maszynka przestaje mieszać, a ciasto zaczyna wyrastać. Wtedy też można je ładnie uformować. 

Jedna kromka takiego chlebka jest tak sycąca, że spokojnie wystarcza na śniadanie, oczywiście z jakimś fajnymi dodatkami, u mnie głównie warzywnymi ;)

     Z obiadami jest, jak wspominałam wcześniej, troszkę gorzej. Na razie robię to co znam i wiem, że jest smaczne. Głównie warzywa, jajka, ewentualnie ryby. Jako ziemniako-żerca zawsze będę broniła potraw z ziemniaków. Są zdrowe i pyszne, oczywiście jak dobrze je przyrządzimy. O tłuszczu trzeba zapomnieć, jeśli chcemy się nimi zajadać, bo wtedy to prawdziwa bomba kaloryczna, ale sam ugotowany ziemniak to tylko 76,7 kcal w 100g! Przecież to prawie nic :) Uwielbiam fryty, no uwielbiam! Zamiast jednak smażyć je na głębokim oleju, ziemniaczki bez niczego poza przyprawami, wrzucam do piekarnika. Wiadomo - to nie to samo, ale tez są smaczne :) Można dodać spokojnie do obiadu. Do całości jajko sadzone, lub na wodzie, ulubione warzywka i obiadek gotowy :)



     Jeśli chcecie się odchudzić, nie bójcie się jeść ziemniaków, bo mitem jest, że od nich tyłek rośnie. Oczywiście mówię o ziemniakach bez dodatku tłuszczu ;) Wiele osób zastępuje je białym ryżem, który jest o wiele bardziej kaloryczny :) Jeśli jednak wolicie odrzucić je ze swojego jadłospisu, to lepiej wybierzcie kaszę, np. gryczaną ;)

Na koniec deser - domowa czekolada. Mój mąż dziś wyjechał na kilka dni, w związku z czym zrobiłam małą niespodziankę - czekoladę. Uwielbia słodycze i wiem, że męką dla Niego jest ich niejedzenie, ale stara się chłopak bardzo :) Chcę zrobić wszystko, żeby zastąpić Mu te ze sklepu, dlatego cały czas szukam, przepisów na słodycze domowe. 
     Czekoladę robiłam już kilka razy, zawsze jednak coś było nie tak, aż w końcu znalazłam idealny przepis!!

Czekolada

Składniki:
100g daktyli (polecam allegro - za 8zł kupuję 1kg niesłodzonych i świeżych)
150g oleju kokosowego nierafinowanego (allegro najtańsze ;) 900ml około 30zł)
1 szklanka wody
2 łyżki kakao
3,5 łyżki wiórek kokosowych



Polecam dorzucić też orzechy - jakie tylko sobie wymarzycie. Oczywiście bez dodatków - prosto z łupiny ;) 
Ja dodałam włoskie


     Do rondla wlewamy wodę i doprowadzamy ją do wrzenia. Dorzucamy daktyle i gotujemy tak długo, aż woda prawie całkowicie wyparuje. Powinien zrobić się taki lekki syrop. Od czasu do czasu trzeba zamieszać. Następnie wszystkie składniki łączymy razem i porządnie blendujemy. Gotową masę przekładamy do formy - silikonowe są najlepsze, bo łatwo się czekoladę wyciąga. Można jednak wyciągnąć masę nawet na papier do pieczenia i uformować prostokąt, który później można podzielić na kawałki. Całość wkładamy do lodówki na minimum 2 godziny. 
Gotowe! 



     Może smakuje bardziej jak gorzka czekolada, ale jest dużo słodsza niż ta kupna - i to tylko dzięki daktylom, więc zero cukru białego czy innych słodzików :) Świetne zastępstwo słodyczy sklepowych ;) POLECAM wszystkim miłośnikom słodkości ;)




sobota, 20 lutego 2016

Powrót...

      Baaaaardzo dawno mnie nie było. Wiele się zdarzyło w moim życiu przez ostatni rok. Przede wszystkim wyszłam za mąż :) przeprowadziłam się 2 razy (w sumie to już 8!), przestałam być instruktorem Zumby - ciężki temat, ale generalnie wiązało się to trochę z problemami zdrowotnymi, trochę z polityką "zumbową" i trochę z tym, że się wypaliłam w tym temacie. Ostatni rok, z żalem przyznaję, nie był niestety zbyt "zdrowy".

      Będąc w domu nie ma problemu, jemy powiedzmy "w miarę zdrowo", ale jak tylko gdzieś jedziemy, co robimy dosyć często, niestety sięgamy po wszystko. Osiągnęłam już wiele w temacie zdrowego jedzenia, niestety raz na jakiś czas łapie mnie chandra - wtedy nie przejmuję się tym co w siebie wrzucam i to jest błąd. Po raz kolejny i mam nadzieję ostatni mówię DOŚĆ.

      Czas na nowo zabrać się za siebie, po tym rocznym, straszliwym leniuchowaniu.
Od mniej więcej tygodnia, staram się jeść jak należy. Koniec z cukrem (właściwie chodzi o słodycze i ciasta, bo białego w ogóle nie używam już od lat), koniec ze słonymi przekąskami i koniec z niektórymi produktami jak np mleko. Niestety okazało się, że mój mąż prawdopodobnie nie toleruje laktozy, co za tym idzie - zmiana diety, na lepszą :) Już od jakiegoś czasu zaczytuję się w tematach o produktach, które mleko mogą nam zastąpić i jestem zachwycona! Skończyły się wzdęcia, nieprzyjemny posmak w buzi i zgaga. Kiedyś jeden lekarz mi powiedział - mleko jest dla cieląt, a nie dla ludzi - coraz bardziej przekonuję się do tego stwierdzenia. Jest tyle możliwości, o których nie miałam pojęcia!! Mleko kokosowe własnej roboty, czy migdałowe - zrobienie ich zajmuje chwilę, a są pyszne i mają mnóstwo zastosowań!

      Kolejna sprawa - mięso - zaczynam mieć do niego obrzydzenie. Powodów jest kilka - na początek jego smak - mięso jest w tej chwili obrzydliwe, naładowane sterydami, hormonami, antybiotykami i cholera wie czym jeszcze.

Polecam obejrzenie filmu

O antybiotykach w Polsce - http://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/afera-antybiotykowa-w-polskim-przemysle-miesnym,135572.html

Kolejna sprawa - hodowle zwierząt, to jakiś obłęd. To, jak te biedne stworzenia są tam traktowane...brak słów...oglądanie filmów z ukrytych kamer, dało mi do myślenia i po prostu coraz trudniej przełykać mi każdy kęs. Zawsze uważałam, że ludzie są stworzeni do jedzenia mięsa - jesteśmy drapieżnikami, łańcuch pokarmowy polega na tym, że niestety istoty się zjadają. To prawda, ale to do czego ludzie doprowadzili to jakiś koszmar. Masowe morderstwa, bicie, głodzenie i męczenie zwierząt, świadomość tego co dzieje się w związku z potrzebami ludzkimi przeraża mnie i nie chcę być częścią tego świata. Pomijam już fakt, że za przemysł futrzarski, samych ludzi powinno się obdzierać ze skóry...

O tym jak wyglądają hodowle zwierząt...



Nie twierdzę, że przestaję jeść mięso całkowicie i natychmiast. Myślę, że przede mną długi proces, który będzie wiązał się z wieloma trudnościami, ale zobaczymy. Jak na razie, od długiego już czasu, jem je rzadko (raz na 2 tygodnie) i coraz rzadziej.

W każdym razie wracamy do zdrowego trybu życia! :)

W związku z tym podam Wam przepis na pyszne naleśniki!
Wykonane z mleczka kokosowego i mąki ryżowej :) Robi się je błyskawicznie i są cudowne!

Na początek:

Mleko kokosowe / mąka kokosowa

fot. http://draxe.com/

Odradzam kupowanie gotowego produktu w sklepie - jak wiadomo połowa to chemia i cukier, tym bardziej, że możemy je wykonać sami i to taniej :)

Jak robimy? Otóż, nic prostszego :)

Lekko ciepłą wodę - 2l - dzielimy na pół. 
1l wlewamy do blendera i dorzucamy 200g wiórków kokosowych, bądź świeżego kokosa.
Odcedzamy przez gazę do garnka. Odcedzone wiórki wrzucamy ponownie do blendera i zalewamy pozostałym litrem wody. Blendujemy i znowu cedzimy dolewając wszystko do pierwszej porcji mleka. Gotowe! :)

Z wiórków, które zostały możemy zrobić mąkę - rozkładamy na blasze do pieczenia, wkładamy do piekarnika, podsuszamy przez około 3 godzinki w temp 120*C. Co jakiś czas mieszamy i pilnujemy żeby się nie przypiekły i gotowe. Jak wyschną można je dodatkowo zmielić np. w młynku do kawy :)

Nic się nie marnuje! :)

Samo mleczko kokosowe, nie jest powalające w smaku, to właściwie taka woda o lekkim posmaku kokosa i tyle. Za to jest zdrowa i pełna wartości odżywczych ;) No i można zastępować nią mleko krowie ;)

Po wykonaniu tego cuda, przetrzymujemy je w lodówce do maksymalnie 4 dni. Najlepiej w pojemniku zamkniętym, żeby nie przeszło lodówkowymi zapachami ;)

Mąka ryżowa

fot. http://zdrowienawidelcu.pl/

No cóż - banał :) Po prostu mielimy ryż w młynku do kawy. Może być biały basmati, brązowy lub jaki chcecie :)

Naleśniki z mąki ryżowej i mleka kokosowego


Składniki:

1. 400ml mleka kokosowego
2. 2 jajka
3. szczypta solo
4. 3 łyżki ksylitolu
5. 130g mąki ryżowej

Mleko kokosowe lekko podgrzewamy, następnie wlewamy do blendera. Dodajemy resztę składników i blendujemy. Odstawiamy na 40 minut pod przykryciem. Ja po prostu zostawiam wszystko w blenderze. Naleśniki smażymy na oleju kokosowym. Przed wylaniem każdego naleśnika, dobrze jest chwilę zamieszać ciasto w blenderze, bo mąka ryżowa osiada na dnie. 
Naleśniki są pyszne nawet bez dodatków, ale można je oczywiście jeść z owocami, np. musem z mango czy  melona.

Smacznego! :)