No i czas leci… Nie jest tak źle, póki co. Obawiałam się, że
może być o wiele gorzej, ale jakoś się trzymam. Generalnie problem polega na
tym, że nigdy nie uznawałam diet, bo po prostu nie byłam w stanie się ich
trzymać. Dlatego tym bardziej myślałam, że nie będzie łatwo. Jedna rzecz jest
ważna – nie przeszłam w zasadzie na żadną dietę. Po prostu zmieniam nawyki
żywieniowe, co nie zmienia jednak faktu, że nadal nie jest to łatwe. W każdym
razie jest lepiej niż się spodziewałam.
Jedzonko mimo tego, że zdrowe i lekkie jest również pyszne (o dziwo, bo z
reguły najsmaczniejsze jest to co syfiaste ;) )
We wtorek trzymałam się planu, no może z jednym wyjątkiem.
Śniadanko lekkie, drugie śniadanie z małą różnicą – nie dodałam żurawiny.
Obiadek taki jak opisałam, ale z jednym wyjątkiem, o którym
wspomniałam wyżej – otóż, zjadłam do całości dwie niewielkie łyżki brązowego
ryżu. Nie było go w planach, ale mój Krzyś nie był w stanie zjeść całej porcji
;) Trzymam się jednak najważniejszego, czyli nie łączymy tłuszczu z węglami.
Kolacyjka też wystarczyła.
W zasadzie jedyne co najbardziej mnie męczy, to nie brak
słodyczy i innego gówna, a wrażenie lekkiego głodu. Nie chodzi mi jednak o to,
że faktycznie jestem głodna, bo nie jestem. Po prostu świadomość tego, jak
zmieniłam sposób jedzenia, myśl o tym, że nie opycham się chlebem, ziemniorami,
makaronami, sosami itd. powoduje we mnie uczucie niedojedzenia. Zdaję sobie
sprawę z tego, że siedzi to w moim łbie, a nie żołądku. Najważniejsze jednak
jest to, że minęły tylko 3 dni, a ja już czuję się inaczej. Mniej ospała przede
wszystkim. Mam zdecydowanie więcej energii i siły.
Wczorajszy dzień był jeszcze lepszy. Udało mi się utrzymać
plan związany z żarełkiem. Dzięki jednej z moich tancereczek (dzięki Kamilka ;)
) nauczyłam się jeść jajecznicę bez chleba, co kiedyś było kompletnie
niemożliwe. Okazało się to takie proste – wystarczyło dodać do niej pomidora i
kukurydzę. Jajówa jak z bajki – po prostu pyszna, sama, bez pieczywa.
Niewiarygodne! Drugie śniadanie smakuje mi, póki co w jednej wersji – szybko i pysznie, czyli
powtarzam wersję z bananami i ryjek się cieszy. Obiadek skromniejszy, bo mniej
mięsiwa. W zasadzie w ogóle miało go nie być, ale do sałatki z jajkiem dodałam
jednego drobiowego pysznego kabanoska – najlepsze na świecie – kabaniory z
biedrony. Jedyne kabanosy bez syfów. Samo mięso i przyprawy – polecam.
.JPG)
Po obiadku w końcu zaczął się jakiś ruch – chociaż w ciągu
dnia robiłam rozgrzewkę na Zumbę, no ale to tak delikatnie raczej. Po południu
poszłam na pierwsze zajęcia Belly prowadzone przez moją znajomą Tatianę.
Wrażenie – jak cudownie jest móc po prostu tańczyć, a nie myśleć i patrzeć jak
robią to inni w
końcu nie muszę wymyślać układów, tylko słucham i powtarzam – wspaniale! Po
dwóch godzinkach lekko wymęczona w podskokach przybiegłam do domu i jedząc
brzoskwinkę z utęsknieniem czekałam na kolację. Jakże wypasioną – twarożek,
szczypiorek, rzodkiewka i jogurt naturalny. Miało być tyle, uznałam jednak, że
dziś zjadłam zdecydowanie za mało węgli przez cały dzień, więc dorzuciłam
bardzo skromną malutką kromeczkę ciemnego pieczywa. Na dobranoc szklanka wody z
cytryną i tyle.
Dziś siedząc przy porannej kawie pitej ze spidermana, rozmyślam nad żarłem i
już wiem, że potrzeba mi trochę urozmaicenia.
.JPG)
Na śniadanko zaplanowałam dojeść twarożek z wczorajszej
kolacji, później – do bananów dodam jabłka z cynamonem (warto jeść cynamon),
obiadek o dziwo nie z kurczakiem ani jajkiem ;) Dzisiaj kotleciki smażone na
oleju kokosowym, bez paniery – samo mięsko. Do tego mizeria z jogurtem
naturalnym i w wersji dla mojego kochanego oczywiście z ryżem lub kaszą –
zależy na co będzie miał smak ;) Pomiędzy obiadem, a kolacją standardowo jakiś
owoc, tym razem nektaryna i śliwka. Kolacyjka – sałatka z pomidorów.
Zastanawiacie się może, dlaczego nie wrzucam przepisów, czy
czegoś w tym stylu. Otóż moi drodzy – bo nie znam póki co żadnych fajnych :) To znaczy znam, ale
takie, które raczej chudnąć nie pomogą ;) Jeśli coś znajdę to na pewno wrzucę.
Póki co jem tak standardowo, że nie ma co pisać. Mięso robię w piekarniku,
używam oleju kokosowego prawie do wszystkiego, do czego potrzebny jest tłuszcz,
do sałatek daję głównie wodę z niewielką ilością oleju rzepakowego (wbrew
pozorom jest nawet lepszy niż oliwa z oliwek) i to tyle moich przepisów :) Ale obiecuję – jak
tylko znajdę coś nowego, godnego polecenia, dowiecie się o tym na pewno.
Dzisiaj, a właściwie wczoraj pomyślałam jednak o czymś innym. Od czasu do czasu
wrzucę Wam jakieś informacje dotyczące konkretnego żarełka. Tyle co sama wiem,
ewentualnie czego dowiedziałam się od innych ;) Informacje będą dotyczyły głównie
tego, co sama spożywam. I tak na przykład zacznę od białego sera. Kochani – ile
on ma wspaniałych wartości, o których tak naprawdę nie wie prawie nikt (bo
nawet się nad tym nie zastanawia) !! Biały ser stał się zdecydowanie jednym z
ważniejszych posiłków, jakie będę spożywała już chyba całe życie. Oto kilka
informacji, które warto wiedzieć.
Biały ser chudy (bo taki spożywam) to tylko 86 kcal w 100g!! A ile białka! nawet 18g, przy tłuszczu, którego jest 0-1g. Węgli ma około 3g więc też nie wiele, więc spokojnie mogę łączyć go z pieczywem. Do tego ma sporo aminokwasów i trochę magnezu. Oczywiście mówię o tym konkretnym serku dlatego, że zamierzam głównie zrzucić kilka kg. Są też minusy - sery chudsze mają o wiele mniej wapnia oraz witaminy A w porównaniu z tymi tłustymi. Oczywiście można to jednak zastąpić innymi produktami ;) Twarożek warto wciągać na śniadanie, ponieważ daje naszemu organizmowi, niezbędne składniki odżywcze potrzebne nam w ciągu dnia. Jest lekkostrawny i poprawia przemianę materii :) Dodatkowo dzięki zawartości witamin z grupy B, poprawia stan skóry i wzrok :) Możemy go łączyć z warzywami (UWAGA - poza pomidorami - łączenie ich razem może powodować choroby stawów), jogurtami, owocami i z czym tylko chcecie. Także zachęcam wszystkich do spożywania białego sera :)
Na dzisiaj to tyle – chociaż tak się rozpisałam, że zdziwię
się jeśli komuś będzie chciało się to wszystko czytać :D