niedziela, 28 września 2014

Grzeszki...

No i  czas sobie jakoś leci.
Bywają chwile niezbyt sympatyczne, co wiąże się z moim apetytem na wszystko czego nie powinnam jeść. Wczoraj miałam taką cholerną ochotę na jakieś niezdrowe przegryzki, że musiałam zjeść o 22 trochę serka wiejskiego, żeby choć odrobinę zabić pragnienie jedzenia, syfiastych chipsów i innych gówien. Szłam spać o 3 nad ranem, więc specjalnie mi to nie zaszkodziło ;) Mimo wszystko z ogromnymi wyrzutami sumienia przyznam się Wam do grzeszków jakie popełniłam...
W zeszłym tygodniu odwiedzając moją mamuśkę, zjadłam dwa malutkie kawałki cista drożdżowego do kawy... Ale to nic w porównaniu z tym weekendem. W piątek Krzysiu przytargał do domu twixa i nie powstrzymałam się przed zjedzeniem jednego palucha. Zjadłam niepotrzebne 75kcal, 8g węglowodanów i 3,1g tłuszczu. Jeden paluszek, a ile radości i wyrzutów sumienia jednocześnie!! No nic, na szczęście zajęcia już rozpoczęte. 2 razy w tygodniu Zumba, 2 x w tygodniu belly dance + trochę rozciągania i jogi. 
To jednak nie wszystko... Wczoraj odwiedzili nas teście i co za tym idzie - jedzenie, duuużo jedzenia. To było straszne... oczywiście dla mojego ciała, bo dla umysłu to niewiarygodna rozkosz :D
Zjedliśmy pyszny obiad i razem z nim kolejny grzeszek - smażone kotlety drobiowe w panierce - ZUO! Ale jakie pyszne!! I do tego ziemniory, może i bez tłuszczu czy sosu, ale w połączeniu ze smażonym mięchem to już gorzej. Później kawałek sernika do kawy, i najgorsze - lody. No ale jak mogłam odmówić teściom? Muszę być przecież miła i grzeczna ;) 
No nic, czas naprawić co się zepsuło i wrócić do zdrowego jedzenia. Plan na kolejny tydzień - zero cukru, jak najmniej węgli połączonych z tłuszczem i dużo ruchu. Od tego tygodnia dochodzi mi jedna godzina Zumby, więc w sumie będą trzy + 2x belly i reszta w domu czyli rozciąganie. Dla tych, którzy mają ochotę poćwiczyć w domu trochę jogi, polecam tą Panią - dla osób początkujących jest idealna ;)

Yoga


Przede mną kilka ciężkich tygodni, więc nie wiem jak często uda mi się coś naskrobać. Czeka mnie bardzo dużo pracy, dlatego nie jestem w stanie stwierdzić, czy znajdę chwilę na to, by tutaj zajrzeć. Jak tylko mi się uda, na pewno coś opiszę. Póki co, zachęcam wszystkich to spróbowania mojej ulubionej jajecznicy z kukurydzą i pomidorami. Bez tłuszczu, najlepiej na ceramicznej patelni. Podsmażcie pomidorki z kukurydzą, dodajcie jajka, przyprawcie i gotowe. Bez pieczywa, bez zbędnych węgli i tłuszczu ;) Smacznego ;)


Na zakończenie - Kasza manna ;) Kolejny cud jaki odkryłam jedząc lepiej ;)
Oczywiście jak byłam młodsza mama robiła mi kaszę z owocami, albo cynamonem, ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy jaka to wspaniała strawa ;)

Kasza manna powstaje z najdrobniejszych zmielonych ziaren pszenicy.
To cudo zawiera:


  • Witaminę B1,
  • Witaminę B2,
  • Witaminę PP,
  • Witaminę B6,
  • Kwas foliowy,
  • Potas,
  • Żelazo,
  • Magnez,
  • Jod – jako jedyna z kasz zawiera jego dużą ilość.
Jest lekkostrawna więc idealna dla osób na diecie ;)
Zachęcam wszystkie osoby, które chcą jeść lekko i zdrowo, aby wprowadziły ją do swoich codziennych posiłków ;)

piątek, 19 września 2014

Ciasteczkowo…

Dziś będą przepisy :) W związku z tym, że ja i mój mężczyzna jesteśmy słodyczożercami, musiałam znaleźć dla nas jakieś rozwiązanie. 
Zaprezentuję Wam 3 różne przepisy na ciastka. 
Dwa z nich są z bananami, jeden z jabłkami. Dwa z płatkami owsianymi, jeden z kaszą manną :) Wszystkie trzy przepisy zawierają dużą zawartość węglowodanów i odrobinę białka. Polecam piec je na silikonowej blaszce – nie potrzeba smarować jej tłuszczem (choć można np. olejem kokosowym), nie przyklejają się i nie przypalają ;) Wszystkie przepisy nadają się idealnie na przekąski między posiłkami i są moim zbawieniem – nareszcie mogę coś przegryźć do kawy!!!! :) Nadają się też na śniadania, także jeśli nie macie czasu na jedzenie w domu, to wystarczy dzień wcześniej upiec kilka sztuk i śniadanko gotowe ;)

Mój faworyt nr 1 :)

Ciasteczka owsiane z bananami

Numer 1 - faworyt ;)

Składniki:
1 szklanka płatków owsianych – najlepiej błyskawicznych
2 banany
1 i ½ łyżki  jogurtu naturalnego (lub łyżka oleju kokosowego)
Dowolne dodatki (orzechy, bakalie), ja dodałam żurawinę

Wykonanie – banał ;) Wszystko mieszamy, blendujemy i gotowe. Układamy na formie w niewielkie okrągłe ciasteczka, grube na około 1cm. Pieczemy przez około 15-20 minut w temperaturze 180*C

Wyglądają i pachną pięknie:




Przepis drugi w kolejności wg moich smaków ;)

Ciasteczka kakaowe z kaszą manną

Jak się pieką, to pachnie w całym domu świętami :) 

Składniki:
120g kaszy manny
250ml mleka kokosowego
1 banan
1 łyżeczka kakao
1 łyżeczka cynamonu

Wykonanie:

Mleko gotujemy, dosypujemy kaszę mannę. Banana blendujemy (ja dodałam dwa, bo manna była dosyć gęsta i chciałam ją jakoś rozrzedzić), dolewamy do kaszy, dosypujemy kakao i cynamon. Wszystko mieszamy na jednolitą masę. Rozkładamy na formie w kształcie niezbyt wysokich, okrągłych babeczek. Pieczemy około godziny,  w temperaturze 180*C




I ostatnie, ciacha nr 3

Owsiane z jabłkami i bakaliami

Te są najmniej słodkie ze wszystkich, generalnie są inne, ale ciekawe w smaku. 

Składniki:
2 szklanki płatków górskich 
100g żurawiny i daktyli ( lub żurawina, rodzynki i migdały)
1 jajko
2 jabłka
180g jogurtu naturalnego
1 łyżeczka proszku do pieczenia lub sody oczyszczonej

Wykonanie:
Płatki prażymy na rozgrzanej patelni, aż się lekko zarumienią. Przesypujemy do miski, dodajemy pokrojone bakalie oraz proszek do pieczenia. W osobnym pojemniku blendujemy jabłka z jajkiem oraz jogurtem. Dodajemy do reszty i dokładnie mieszamy, lub znowu blendujemy ;)
Układamy na formie okrągłe placuszki. Pieczemy około 30 minut w temp. 180*C

Tadam:



I ostatnie zdjęcie - tak wyglądają wszystkie razem - MNIAM :)



Cóż mogę powiedzieć. Wszystkie są pyszne i gdybym się nie pilnowała, zeżarłabym cały talerz ;) Jednak pamiętajmy, że nie powinniśmy przesadzać, bo to jednak spora ilość węgli i cukrów prostych, które znajdują się w owocach. Także pieczmy i jedzmy od czasu do czasu, zastępując nimi wszystkie syfiaste słodycze ;)

Smacznego! :)

Jeśli ktoś z Was zdecyduje się na ich pieczenie, to zachęcam do pisania komentarzy ;)


czwartek, 18 września 2014

Dzień 4…

No i czas leci… Nie jest tak źle, póki co. Obawiałam się, że może być o wiele gorzej, ale jakoś się trzymam. Generalnie problem polega na tym, że nigdy nie uznawałam diet, bo po prostu nie byłam w stanie się ich trzymać. Dlatego tym bardziej myślałam, że nie będzie łatwo. Jedna rzecz jest ważna – nie przeszłam w zasadzie na żadną dietę. Po prostu zmieniam nawyki żywieniowe, co nie zmienia jednak faktu, że nadal nie jest to łatwe. W każdym razie jest lepiej niż się spodziewałam.
Jedzonko mimo tego, że zdrowe i lekkie jest również pyszne (o dziwo, bo z reguły najsmaczniejsze jest to co syfiaste ;) )
We wtorek trzymałam się planu, no może z jednym wyjątkiem. Śniadanko lekkie, drugie śniadanie z małą różnicą – nie dodałam żurawiny.


Obiadek taki jak opisałam, ale z jednym wyjątkiem, o którym wspomniałam wyżej – otóż, zjadłam do całości dwie niewielkie łyżki brązowego ryżu. Nie było go w planach, ale mój Krzyś nie był w stanie zjeść całej porcji ;) Trzymam się jednak najważniejszego, czyli nie łączymy tłuszczu z węglami. Kolacyjka też wystarczyła.
W zasadzie jedyne co najbardziej mnie męczy, to nie brak słodyczy i innego gówna, a wrażenie lekkiego głodu. Nie chodzi mi jednak o to, że faktycznie jestem głodna, bo nie jestem. Po prostu świadomość tego, jak zmieniłam sposób jedzenia, myśl o tym, że nie opycham się chlebem, ziemniorami, makaronami, sosami itd. powoduje we mnie uczucie niedojedzenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że siedzi to w moim łbie, a nie żołądku. Najważniejsze jednak jest to, że minęły tylko 3 dni, a ja już czuję się inaczej. Mniej ospała przede wszystkim. Mam zdecydowanie więcej energii i siły.
Wczorajszy dzień był jeszcze lepszy. Udało mi się utrzymać plan związany z żarełkiem. Dzięki jednej z moich tancereczek (dzięki Kamilka ;) ) nauczyłam się jeść jajecznicę bez chleba, co kiedyś było kompletnie niemożliwe. Okazało się to takie proste – wystarczyło dodać do niej pomidora i kukurydzę. Jajówa jak z bajki – po prostu pyszna, sama, bez pieczywa. Niewiarygodne! Drugie śniadanie smakuje mi, póki co w jednej wersji – szybko i pysznie, czyli powtarzam wersję z bananami i ryjek się cieszy. Obiadek skromniejszy, bo mniej mięsiwa. W zasadzie w ogóle miało go nie być, ale do sałatki z jajkiem dodałam jednego drobiowego pysznego kabanoska – najlepsze na świecie – kabaniory z biedrony. Jedyne kabanosy bez syfów. Samo mięso i przyprawy – polecam.


Po obiadku w końcu zaczął się jakiś ruch – chociaż w ciągu dnia robiłam rozgrzewkę na Zumbę, no ale to tak delikatnie raczej. Po południu poszłam na pierwsze zajęcia Belly prowadzone przez moją znajomą Tatianę. Wrażenie – jak cudownie jest móc po prostu tańczyć, a nie myśleć i patrzeć jak robią to inni w końcu nie muszę wymyślać układów, tylko słucham i powtarzam – wspaniale! Po dwóch godzinkach lekko wymęczona w podskokach przybiegłam do domu i jedząc brzoskwinkę z utęsknieniem czekałam na kolację. Jakże wypasioną – twarożek, szczypiorek, rzodkiewka i jogurt naturalny. Miało być tyle, uznałam jednak, że dziś zjadłam zdecydowanie za mało węgli przez cały dzień, więc dorzuciłam bardzo skromną malutką kromeczkę ciemnego pieczywa. Na dobranoc szklanka wody z cytryną i tyle.
Dziś siedząc przy porannej kawie pitej ze spidermana, rozmyślam nad żarłem i już wiem, że potrzeba mi trochę urozmaicenia.


Na śniadanko zaplanowałam dojeść twarożek z wczorajszej kolacji, później – do bananów dodam jabłka z cynamonem (warto jeść cynamon), obiadek o dziwo nie z kurczakiem ani jajkiem ;) Dzisiaj kotleciki smażone na oleju kokosowym, bez paniery – samo mięsko. Do tego mizeria z jogurtem naturalnym i w wersji dla mojego kochanego oczywiście z ryżem lub kaszą – zależy na co będzie miał smak ;) Pomiędzy obiadem, a kolacją standardowo jakiś owoc, tym razem nektaryna i śliwka. Kolacyjka – sałatka z pomidorów.
Zastanawiacie się może, dlaczego nie wrzucam przepisów, czy czegoś w tym stylu. Otóż moi drodzy – bo nie znam póki co żadnych fajnych :) To znaczy znam, ale takie, które raczej chudnąć nie pomogą ;) Jeśli coś znajdę to na pewno wrzucę. Póki co jem tak standardowo, że nie ma co pisać. Mięso robię w piekarniku, używam oleju kokosowego prawie do wszystkiego, do czego potrzebny jest tłuszcz, do sałatek daję głównie wodę z niewielką ilością oleju rzepakowego (wbrew pozorom jest nawet lepszy niż oliwa z oliwek) i to tyle moich przepisów :) Ale obiecuję – jak tylko znajdę coś nowego, godnego polecenia, dowiecie się o tym na pewno. Dzisiaj, a właściwie wczoraj pomyślałam jednak o czymś innym. Od czasu do czasu wrzucę Wam jakieś informacje dotyczące konkretnego żarełka. Tyle co sama wiem, ewentualnie czego dowiedziałam się od innych ;) Informacje będą dotyczyły głównie tego, co sama spożywam. I tak na przykład zacznę od białego sera. Kochani – ile on ma wspaniałych wartości, o których tak naprawdę nie wie prawie nikt (bo nawet się nad tym nie zastanawia) !! Biały ser stał się zdecydowanie jednym z ważniejszych posiłków, jakie będę spożywała już chyba całe życie. Oto kilka informacji, które warto wiedzieć.

Biały ser chudy (bo taki spożywam) to tylko 86 kcal w 100g!! A ile białka! nawet 18g, przy tłuszczu, którego jest 0-1g. Węgli ma około 3g więc też nie wiele, więc spokojnie mogę łączyć go z pieczywem. Do tego ma sporo aminokwasów i trochę magnezu. Oczywiście mówię o tym konkretnym serku dlatego, że zamierzam głównie zrzucić kilka kg. Są też minusy - sery chudsze mają o wiele mniej wapnia oraz witaminy A w porównaniu z tymi tłustymi. Oczywiście można to jednak zastąpić innymi produktami ;) Twarożek warto wciągać na śniadanie, ponieważ daje naszemu organizmowi, niezbędne składniki odżywcze potrzebne nam w ciągu dnia. Jest lekkostrawny i poprawia przemianę materii :) Dodatkowo dzięki zawartości witamin z grupy B, poprawia stan skóry i wzrok :) Możemy go łączyć z warzywami (UWAGA - poza pomidorami - łączenie ich razem może powodować choroby stawów), jogurtami, owocami i z czym tylko chcecie. Także zachęcam wszystkich do spożywania białego sera :)


Na dzisiaj to tyle – chociaż tak się rozpisałam, że zdziwię się jeśli komuś będzie chciało się to wszystko czytać :D

wtorek, 16 września 2014

Start

Długo zastanawiałam się czy zakładanie tego bloga ma sens. W końcu doszłam do wniosku, że tak.
Nie jest to blog z radami, nie jest stworzony też po to, by sugerować ludziom co mają robić, by lepiej się poczuć, czy zgubić zbędne kilogramy. Zaczynam prowadzić go głównie dla siebie, co nie zmienia faktu, że miłe będzie to, kiedy okaże się, że komuś coś się przyda :) Ma być moją (i być może Twoją) motywacją i tyle. 
Dlaczego zaczynam? dlatego, że źle się czuję we własnym ciele. Wiele osób powie mi - daj spokój świetnie wyglądasz, ale nie o to chodzi. To ja źle się czuję i ja uważam, że gorzej wyglądam. Dużo osób powie też - przecież ciągle ćwiczysz, jesteś szczupła, bla bla bla. Wiem, że nie jestem ogromną osobą, która ma spory problem z nadwagą. Wiem jednak również to, że przez ostanie dwa miesiące przytyłam prawie 8 kg! Mam 164cm wzrostu i wagę 63,4kg. Jeśli nic nie zacznę ze sobą robić, będzie coraz gorzej.


Dwa miesiące temu ważyłam niespełna 56kg - wtedy czułam się idealnie i do tego chcę wrócić. Kilka rzeczy jednak od tego czasu się zmieniło. Przede wszystkim, dopadła mnie alergia i astma wysiłkowa. Niestety leki, które biorę powodują większe łaknienie, co za tym idzie - dupa rośnie ;) Zżerałam takie ilości słodyczy, że momentami nie wierzę, że było to w ogóle możliwe. Rozleniwiłam się jak nigdy. Zawsze uprawiałam jakieś sporty - głównie taniec. Jestem instruktorem Zumby oraz Belly Dance. Niestety wakacje mi nie służą. Po prostu brak ruchu powoduje, że z czasem odechciewa mi się ruszać kompletnie. Na szczęście wakacje za mną i czas wrócić do pracy. Od wczoraj rozpoczęłam swoją "kurację". Przede wszystkim zmieniam razem z moim narzeczonym dietę. Odrzucam większość cukrów, rezygnuję z dużej ilości niepotrzebnych węglowodanów. Wszystkie napoje (poza kawą) już jakiś czas temu zastąpiłam wodą i tego będę się trzymała. Wczoraj powiedzmy, że wystartowałam, chociaż za bardzo mi nie wyszło, ponieważ cały dzień byłam poza domem, ale i tak nie było źle. Zaczęłam od płatków owsianych z siemieniem lnianym. Zalałam je wodą, dodałam trochę mleka i nic więcej. To było straszne. Pierwszy raz w życiu cofało mi się w trakcie jedzenia :D i to tylko dlatego, że nie dodałam jak zwykle miodu. Powiedziałam sobie - zero cukru, przynajmniej przez jakiś czas. Na siłę wciągnęłam całą miseczkę. Na koniec poczułam się jakbym przeniosła góry! Dumna! :D
W ciągu dnia niestety jedyny posiłek do jakiego miałam dostęp, to jajko ugotowane na twardo i ciemne pieczywo, więc chapnęłam co miałam. Wieczorem po powrocie do domu zjadłam pomidorka z jogurtem naturalnym i z żalem, że nie ma więcej batoników poszłam spać ;)
Dziś o dziwo trochę lepiej się czuję :) Poranek był wspaniały - obudziłam się o 7 rano ( z reguły mój dzień rozpoczyna się o 9:30) i co ciekawe czuję się rewelacyjnie :D Śniadanie udane - było wszystko - białko, niewielka ilość węglowodanów, trochę tłuszczu i warzywa. Wszystko popchnęłam pyszną kawką z niskoprocentowym (0,5%) mleczkiem. 



Drugie śniadanie składać będzie się z banana, płatków owsianych, żurawiny i jogurtu naturalnego. Na obiad surówka + pieczony kuraczek. Podwieczorek - brzoskwinie i jabłka, a na koniec dnia wciągnę sobie rzodkiewkę z twarożkiem. Takie plany na dziś. Poza tym trochę ruchu - czas zacząć przygotowania, w końcu za tydzień zaczynam Zumbę i Belly. Jutro pierwsze dodatkowe zajęcia, na które postanowiłam się zapisać. Sama prowadzę 2 zespoły Belly Dance, w jednym z nich, również od tego roku, zaczynam tańczyć. Dodatkowo zapisałam się na zajęcia, które prowadzi ktoś inny, a nie ja - taki odpoczynek dla umysłu ;)